Czy zwyciężymy?

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, nasz jedyny Zbawiciel!

Pan nasz w swym objawieniu, przez Świętego Jana, obiecuje na koniec wszystkim zwycięstwo. Nie zwycięstwo wszystkich jednak nie nawet zwycięstwo Polski, nie tym bardziej jakieś „nasze”, ani Twoje czy moje, ale… Jego zwycięstwo oraz tych, których zbawi.

Rozpoczynam pisać ten tekst w dzień po wielkim marszu w Warszawie z okazji setnej rocznicy odzyskania przez naszą Ojczyznę niepodległości.

Tak… sto lat temu, Rzeczypospolita odzyskała swą ziemską wolność…

I choć wielka to i piękna sprawa to nie oznacza to jednak, że wszyscy nasi podówczas przodkowie automatycznie stali się prawdziwie niepodlegli…

Jak to? Pewnie wielu zapyta. Przecież odzyskali ziemie, państwo, wreszcie wolność!

Ano tak to…

Ojciec Święty Franciszek w liście do nas z tej pięknej okazji, podejmując modlitwę św. Jana Pawła II, szczególnego świadka ubiegłego stulecia, prosi Pana Boga o łaskę wiary, nadziei i miłości dla wszystkich Polaków, oraz o to, abyśmy w jedności i pokoju dobrze korzystali z tak cennego daru, jakim jest wolność.

Z pewnością świadom dobrych, ale i złych stron szeroko pojętego „polskiego ducha”, Papież, w swej mądrości, przestrzega nas więc przed zniewoleniem pseudowolnością, której kult jest dziś ponownie szerzony, a właściwie wciskany wszystkim na siłę, czy to z lewa, czy z prawa. Pod przykrywką nieskończonej ilości „zalet” ma tak naprawdę wyłącznie jeden cel: zagładę dusz.

Nie przypadkowym więc jest fakt, że tak częste ataki na Ojca Świętego i Kościół Katolicki, pochodzą zarówno ze strony propagandzistów tzw. lewactwa, jak i wszelkiej odmiany „liberałów”, którym bliżej chyba do anarchistów niźli obrońców wolności.

O co tak naprawdę prosi nas Papież?

Prosi nas o jedyną, prawdziwą Wolność, Wolność pisaną wielką literą, a więc rzeczywistą i pełną Niepodległość, Niepodległość… grzechowi.

Sprawa jest więc banalna.

Pozostaje jedynie pytanie, czy tym razem, my Polacy, posłuchamy Papieża czy może popadniemy w pychę i powtórzymy grzechy naszych przodków, grzechy choćby z okresu dwudziestolecia międzywojennego?

Przez jakiś czas szukałem sposobu, w jaki najlepiej mógłbym opisać, choć po trosze owe grzechy. Przyznam, że wielkość zadania bardzo długo mnie przerastała. W pewnym jednak momencie sumienie podpowiedziało mi proste rozwiązanie: „przedstaw problem na własnym przykładzie!”.

Pozwólcie więc, że odrobinę was teraz kochani zanudzę i w kilku kolejnych akapitach, spróbuję zarysować całą sprawę.

11 listopada 2018 byłem oczywiście w Warszawie. Przyjechałem prawie z końca Polski, z moich rodzinnych Czechowic-Dziedzic. Przyjechałem pomimo trzymającej mnie jeszcze choroby, bo nie wyobrażałem sobie nie złożyć tego dnia hołdu Ojczyźnie oraz wszystkim tym, którzy oddali za Nią życie, w pocie czoła ciężko pracowali, którzy tworzyli czy „choćby” wychowywali dzieci na dobrych Polaków Katolików.

Dotarłszy do stolicy przed południem, prosto z dworca ruszyłem na Krakowskie Przedmieście. Przede wszystkim chciałem zdążyć jeszcze na mszę, do tego może zobaczyć jeszcze przy okazji jakąś interesującą wystawę, kupić parę ładnych pamiątek i zrobić choćby kilka zdjęć na pamiątkę tego wspaniałego dnia.

Ponieważ ostatni posiłek jadłem wcześnie rano, to idąc tą przepiękną ulicą, od razu pomyślałem, że warto by jednak było coś najpierw zjeść. Dzień będzie długi, a dostanie się potem do jakiejkolwiek restauracji, będzie graniczyło przecież z cudem. Wstąpiłem więc od razu do jednej z nich i ponaglając kelnera, zamówiłem porządny obiad. Choć trochę się wzdragałem, to postanowiłem wziąć sobie do tego dobre piwo. Pomyślałem: „taka rocznica, takie święto… no jakże tu nie wznieść toastu za to wszystko?!”. Choć bardzo lubię dobre piwo, to sumienie pozwoliło mi na wypicie zaledwie paru małych łyków.

Wiedząc, że muszę odczekać odrobinę czasu, bo przecież nie można w ten sposób przyjąć komunii świętej, choćby i był to jeden łyk, zamiast do najbliższego kościółka, ruszyłem w kierunku Zamku. I choć dzień wcześniej przystąpiłem do spowiedzi i odmówiłem pokutę, to diabeł od razu rozgościł się w mojej głowie, projektując nęcące obrazy dawnych panów szlacheckich, którzy wychyliwszy pierwej zdrowie Ojczyzny przy niedzielnym stole, prędko potem ruszali z czerwonymi licami wesołym orszakiem na niedzielną sumę. Sam już nie wiem, czy to zdrowy i dobry odruch sumienia, w co wierzę, czy był to już przejaw jakiejś fałszywej pokory i skrupulatności rodem z kalwińskiego purytanizmu, który wszyscy dobrze wiemy, do czego doprowadził. Z drugiej strony, onegdaj wielokrotnie chodziłem na pasterkę odpowiednio ówcześniej do mrozu rozgrzany dobrym kieliszkiem lub dwoma jeszcze lepszej wiśnióweczki, którą po kolacji, z pełną kulturą smakowaliśmy z tatą przy wigilijnym stole. No nic, zwracam się tu do ekspertów (tzn. tych od teologii, a nie alkoholu) z prośbą o komentarz, aby rozwiać wszelkie wątpliwości.

Przy Zamku nie udało mi się ani zobaczyć żadnej interesującej mnie wystawy, ani dostać pięknie wykonanych pamiątek. Zrobiłem kilka zdjęć na placu i czując, że „odpokutowałem” tamtych kilka łyków, ruszyłem do kościoła św. Anny. Niestety msza właśnie dobiegała końca… Pomodliłem się więc i klęcząc przyjąłem błogosławieństwo (nie wiem czemu ostatnimi laty wszędzie przyjmuje się błogosławieństwo na stojąco). Przeprosiwszy w sercu Pana Boga, ruszyłem dalej w nadziei, że zdążę gdzieś jeszcze na inną mszę.

Wiedząc, że im bliżej godziny marszu tym czas będzie nabierał tempa, dlatego zorientowałem się już w odpowiednim kierunku, i wracając tą samą ulicą, zrobiłem jeszcze szybko parę zdjęć, skupiając się już wyłącznie na panoramach naszego społeczeństwa, które tak pięknie coraz liczniej gromadziło się na warszawskich ulicach, tworząc istny, biało-czerwony, krwiobieg, spływający zewsząd ku rondu Romana Dmowskiego, gdzie tego dnia niewątpliwie biło serce Polski.

Na wysokości Pałacu dosłownie niemalże nie wpadłem na Pana Prezydenta Andrzeja Dudę, którego udało mi się uwiecznić na paru fotografiach otoczonego ochroną, swymi największymi zwolennikami i przypadkowymi przechodniami. Pomimo że kusiło mnie, by uchwycić kilka porządnych kadrów, zrobiłem od ręki tylko kilka klatek i ruszyłem dalej, wydostawszy się jakoś z tego korowodu.

Niestety w Kościele Pod Wezwaniem Św. Krzyża także trafiłem na koniec celebracji. Czas gonił… zbliżała się godzina marszu. Teraz już bardzo szybkim krokiem pospieszyłem w kierunku ronda. Po drodze udało mi się jeszcze kupić parę pamiątkowych magnesików, po czym w końcu, na prawie równą godzinę 14.00 dotarłem na miejsce.

Tu czekając na przyjaciela, z którym umówiłem się pod Novotelem, dowiedziałem się przy okazji, że uroczystość rozpocznie się… godzinę później. W międzyczasie zadzwoniła żona, która przekazała mi, że może uda się jej wcześniej skończyć egzamin i zdążyć jeszcze na marsz. Tak à propos, ciekawe kto i dlaczego tak naprawdę robi egzaminy w taki dzień?!

W końcu o godzinie 15.00 wraz z setkami tysięcy rodaków i wszystkimi tymi, którym droga jest Polska, złożyliśmy wspólnie hołd Ojczyźnie i Jej bohaterom.

Po jakimś czasie ruszył wielki, w przeważającej większości, przepiękny, wspólny, biało-czerwony marsz, do którego, po chwili dołączyliśmy z ukochaną.

O samym marszu napiszę w jednym z kolejnych tekstów. Pozwólcie jednak, że wrócę na chwilę jeszcze do tematu.

Tak oto cieszyłem się tego dnia wolnością i niepodległością. Oddałem należyty szacunek wspólnemu dobru, jakim jest Ojczyzna. Dobru wielkiemu i pięknemu, ale mimo wszystko, dobru aż i „tylko”… doczesnemu.

Czego więc nie zrobiłem?

Przecież zrobiłem wszystko, aby zdążyć na marsz. W pociągu, zamiast spać, pracowałem nad tym blogiem. Pomogłem nawet z bagażem pewnej pani, która, jakby to delikatnie ująć, chyba nie do końca przejawiała radości ze stuletniej rocznicy. Przez całą drogę, otoczona patriotami, wyglądała na bardzo smutną i w pewien sposób jakby… sparaliżowaną. Dlatego, aby choć trochę zneutralizować działanie władającego nią czaru, będącego najprawdopodobniej efektem antypolskiej indoktrynacji, zwyczajnie, po ludzku, uśmiechnąłem się do niej kilka razy w trakcie podróży. Po przyjeździe zadbałem o to, aby porządnie się odżywić. Zostawiłem nawet całkiem niezły napiwek młodemu kelnerowi, by pomóc mu dorobić na studiach. Zrobiłem kilkadziesiąt fotografii, nie dla siebie, a dla potomnych bardziej. No i przecież jakby tego było mało, udało mi się nawet uwiecznić Pana Prezydenta! Kupiłem także pamiątki dla najbliższych, spotkałem się ze znajomymi no i zaczekałem na ukochaną żonę. A potem jeszcze do tego śpiewałem razem z rodakami piękne patriotyczne pieśni, wznosiłem dumne okrzyki, pomagając, o czym tak często zapominamy, w budowie jedności wśród nas… Polaków.

Co więc zrobiłem złego? Przecież to wszystko było ważne!

Głupcze! Diabeł zawsze znajdzie coś ważniejszego…

Rację miał Święty Tomasz z Akwinu, gdy pisał, że nie ma chyba innego grzechu poza… głupotą…

Dlaczego uważam siebie za głupca?

Bo choć tego dnia wielokrotnie dumnie krzyczałem te trzy, piękne słowa, jakimi są: „Bóg, Honor, Ojczyzna”… to właśnie tego dnia przyniosłem Ojczyźnie wstyd, zachowując się niehonorowo, bo nie zrobiłem absolutnie wszystkiego, co w mojej mocy, aby przystąpić do… Komunii Świętej, przez co w najlepszy sposób oddałbym cześć naszemu Panu.

Sto lat temu Rzeczypospolita odzyskała swą niepodległość…

Tak jak nasi przodkowie kiedyś, tak i my robimy codziennie i od święta naprawdę wiele ważnych rzeczy nie tylko dla nas samych czy bliźnich, ale i wspólnoty i Ojczyzny.

Cieszmy się wolnością i niepodległością.

Jednak tak jak w każdej chwili powinniśmy być gotowi do natychmiastowej roztropnej ofiary dla Ojczyzny, tak jednak nieustannie, w każdym momencie, pamiętajmy, aby przede wszystkim, być gotowymi przyjąć ofiarę naszego Pana, Jezusa Chrystusa, aby razem z Nim, cieszyć się w pełni prawdziwą Wolnością i Niepodległością!

Daj więc Boże, bym czym prędzej zmądrzał, bym znał właściwe priorytety, bym nie szukał choćby nawet najszlachetniejszych wymówek czy najbardziej (tak jak teraz) wyszukanych słów, ale bym po prostu czynił tak, aby tak, jak dziś po stronie Ojczyzny, w dniu sądu ostatecznego, stanąć po Twojej stronie Boże!

Czego i wam wszystkim kochani oraz umiłowanej Ojczyźnie z całego serca życzę!

11-18.11.2018, Tomasz Stachura

OBRAZEK WYRÓŻNIONY: Kolekcja prywatna.

Dodaj komentarz