“Cała prawda” o Marszu (cz. 2)

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, nasz jedyny Zbawiciel!

Na wstępie pragnę wszystkim tym, którzy zaglądają na mojego bloga z całego serca gorąco podziękować. To bardzo miłe, że po zaledwie trzech tygodniach, blog zupełnie nieznanej osoby ma już prawie pół tysiąca wyświetleń.

Zgodnie z obietnicą, dziś skupię się już na samym marszu.

No to zaczynamy!

11 listopada 2018, na rondzie Romana Dmowskiego w Warszawie, po przemówieniu Pana Prezydenta Andrzeja Dudy, które niestety (przynajmniej z miejsca, w którym stałem) z powodu braku odpowiedniego nagłośnienia było praktycznie nie do zrozumienia, parę minut po godzinie 15.00 wraz z setkami tysięcy rodaków oraz wszystkimi tymi, którym droga jest Polska, odśpiewując wspólnie hymn, złożyliśmy hołd naszej ukochanej Ojczyźnie oraz wszystkim Jej bohaterom.

Bez potrzeby jakiegokolwiek koloryzowania, przyznam szczerze, że była to jedna z najwspanialszych chwil mojego życia.

Z każdą kolejną zwrotką Mazurka Dąbrowskiego czułem potęgujące się w moim sercu wzruszenie. Z każdym głosem śpiewających wokół rodaków czułem, niesioną na jakiejś niebiańskiej ponadczasowości, prawdziwą, nieskalaną żadną próżnością czy pychą, prawdziwą dumę, dumę z bycia Polakiem, dumę z nas wszystkich…

Scena wspaniała, scena, która naprawdę napawała nadzieją i wiarą…

Zapewne takie właśnie uczucia towarzyszyły kiedyś wszystkim tym, którzy, podobnie jak my dziś, pomimo różnic i podziałów, stawali razem przez te ponad tysiąc już lat istnienia w obronie naszej Ojczyzny na przeróżnych polach bitew.

Nagle rozpaliły się setki rac…

Zbierający się z nich dym, który jakby z ogniska rozpalonego ciepłem naszych serc, wznosił się wysoko niesiony siłą śpiewu ćwierci miliona głosów, w pewnej chwili przysłonił Pałac „Kultury”, sprawiając, że ten wiszący nad Warszawą od dziesiątków lat upiorny duch stalinizmu, choć na chwilę znikł z właśnie serca… naszego kraju.

Chwilo trwaj

Po jakimś czasie ruszył marsz…

Marsz, do którego… nie mogliśmy dołączyć.

Dlaczego?

Stojąc za hotelem Novotel, zaledwie kilka metrów od trasy marszu, pomimo bycia niemalże na wyciągnięcie ręki, nie można było doń dołączyć.

Na prawdę można było się w tym momencie zdenerwować.

Jednak w odróżnieniu od wielu, którzy od razu zaczęli sięgać po przeróżne teorie spiskowe, w większości oczywiście antyrządowe, cuś mi się zdaję, że powody były zgoła banalniejsze i bardziej… praktyczne.

Nie dam głowy, bo z powodu wszech panującego tłoku, nie byłem w stanie zobaczyć ich na własne oczy, ale podejrzewam, że były tam po prostu ustawione barierki. Barierki, które miały za zadanie nie tylko ukierunkować marsz, ale i oczywiście zapewnić bezpieczeństwo czołu marszu, w którym szli członkowie rządu.

Nie ma nic w tym złego. I można oczywiście dopatrywać się tu „braku poszanowania dla Polaków”, nawet i „zdrady i zaprzaństwa”, ale zapewniam, że wielu z tych, którzy głoszą takie poglądy, z pewnością, gdyby sami byli decydentami, to zrobiliby dokładnie to samo, jeśli nie nawet jeszcze gorzej.

Oczywiście, że PIS upiekł tu dwie pieczenie na jednym ogniu. Co w tym złego?

Z pewnością także można było to rozegrać znacznie lepiej, aby zminimalizować choćby preteksty do wszelkich postaw „anty”.

To, czego na pewno zabrakło to przepływu informacji od kierujących marszem do uczestników o tymczasowym zablokowaniu przejścia. Moim skromnym zdaniem, gdyby tak, nie daj Boże, ktoś zaczął wtedy podburzać ludzi w kilku takich newralgicznych punktach ronda, to mogłoby już na samym początku dojść do jakiś „nieprzyjemności”. Masom składającym się nawet z najzacniejszych indywiduów, często w takich sytuacjach odbiera rozum i zwyczajnie wkurzeni ludzie mogliby zostać z łatwością podjudzeni i podburzeni.

Tak jak wspomniałem we wcześniejszych tekstach, zamiast po kilkunastu minutach dołączyć do głównego nurtu marszu, cofnąłem się do hotelu Novotel, aby poczekać na biedną żonę, która próbowała się tu jakoś przedostać, idąc od drugiej strony.

Pewnie wielu się w tym momencie oburzy: jak to!? Toż nie wyszedł Pan po żonę!?

Każdy, kto choć raz brał udział w podobnym zgromadzeniu lub chociaż raz był na porządnym obozie harcerskim, powinien już wiedzieć, że rozsądniej jest poczekać trochę na drugą osobę w umówionym wcześniej miejscu, niźli wyruszać od razu na „poszukiwania”, które kończą się tym, że w efekcie gubią się obie osoby.

Czekając więc tak przy wejściu przez nawet i jakieś pół godziny, miałem znakomitą możliwość zapoznania się z przekrojem uczestników marszu, którzy chcąc po prostu szybciej i łatwiej przedostać się na drugą stronę, przechodzili przez główny hol hotelu.

Przyglądając się więc tak przez jakiś czas moim kochanym współuczestnikom, widziałem wśród nich na przykład… młodych harcerzy ubranych jak… na harcerzy przystało. Dziękuję Bogu, że są jeszcze drużynowi i drużynowe, Ci „cisi bohaterowie”, dzięki którym ich podopieczni mają szanse wyrosnąć kiedyś na wspaniałych Polaków.

Widziałem też niestety zgoła inną „młodzież”, młodzież przypominającą bardziej, przepraszam za wyrażenie, kolejna już odmianę, jak to kiedyś mój przyjaciel, doskonale określił „dzieciów chwastów” – efekt trwającej już od w sumie kilkunastu lat, istnej hodowli naszych dzieci, hodowli na „owsia(n)kowej” propagandzie.

Wybaczcie, że tak dosadnie czasem nazywam pewne rzeczy, ale wszyscy tu jesteśmy dorośli i czasem tylko tak dosadne zwroty powodują, że ludzie w końcu zaczynają budzić się z letargu. Temat ten zapewne poruszę już na początku przyszłego roku, w szczególności gdy ciągle odnoszę wrażenie, że mało kto tak naprawdę zdaje sobie sprawę z tego, jak serca, umysły i dusze naszych dzieci są dzień w dzień dosłownie masakrowane przez całą tę zarazę.

Wracając do tematu, oczywiście nie sposób było nie zauważyć cały czas przewijającej się całej masy przeróżnych kibiców z wszelkiej maści klubów. Jedni zachowywali się jak Polacy, radośnie, normalnie, ale byli też i tacy, którzy ewidentnie szukali tylko jakiejś zaczepki i awantury, na szczęście głównie między sobą.

Choć sam wiele lat uprawiałem i wciąż uprawiam kilka sportów, jeden nawet kiedyś półprofesjonalnie, to dawno temu wyrosłem z podniecania się którymkolwiek z nich, a w szczególności już w dzisiejszych czasach, w których sport stał się niestety już praktycznie tylko narzędziem siania kolejnych herezji, stymulatorem mas czy też substytutem wiary. Prawdziwość i normalność tego w sumie tak naprawdę przecież daru od Pana Boga można już tylko spotkać na podwórkowych boiskach. Tak więc podczas gdy potrafię jeszcze zrozumieć wszystkich tych „normalnych kibiców”, którzy radośnie i normalnie świętowali niepodległość naszej Ojczyzny, to nie zamierzam jednak tolerować, czy przymykać oka, a już o żałosnym podlizywaniu się jak robi to wielu polityków i publicystów, całej tej masie zwykłych barbarzyńców. Barbarzyńców, którzy cali zamaskowani wyglądali na marszu dokładnie tak samo, jak ich „wrogowie” z… antify (pewne słowa nie zasługują na wielką literę), z którymi przecież tak „dzielnie walczą w obronie naszej cywilizacji”…

Ci najczęściej pijani, zwykli niedowartościowani cwaniacy, znów, podobnie jak we wcześniej wymienionym przykładzie, tylko tym razem wyhodowani na zaszczepionym lata temu neonazizmie, pod przykrywką oddolnie tworzonej się „subkultury” skinheadów, są tak naprawdę pieczołowicie i odgórnie tworzoną zwykłą bandą nosicieli antykultury (przypominam: nazywajmy, proszę, rzeczy po imieniu!).

Każdy szanujący się Polski Kibic powinien zwalczać tę bolszewicką swołocz.

Co jakiś czas, przez drzwi hotelu, jak w jakiejś reklamie, wchodziły też istne celebrytki. Młode panienki z wymalowanymi na policzkach biało-czerwonymi barwami, które, coś mi się zdaje, bardziej niźli tą wspaniałą rocznicą, podekscytowane były tak na prawdę głównie padającymi na nie zewsząd spojrzeniami w szczególności, gdy zajęte były robieniem sobie w samym centrum wydarzeń „sweet foci”.

Ech… nie zazdroszczę dzisiejszym chłopakom, bo może i na pierwszy rzut oka atrakcyjne, ale jakby zapoznać się z nimi bliżej to obawiam się, że owe dzierlatki miałyby do zaoferowania dokładnie tyle samo co ich psiapsiółki „lewaczki”.

No nic… przynajmniej… były… Tyle dobrze.

Moją uwagę tego dnia przykuwało na szczęście zgoła inne piękno. Boże! Nie żadne „inne”, a prawdziwe piękno!

Co jakiś czas, skromnie i prawie niezauważenie, gdzieś w tle, przemykały piękne w swej cnotliwości i skromności, prawdziwe piękności tego świata czyli… zakonnice. Siostrzyczki, które w odróżnieniu od wspomnianych „prawicowych celebrytek” były bez wątpienia szczerze uradowane tym pięknym dniem, co przejawiało się błyskiem w ich uciekających od spotkania spojrzeń oczach czy też skrywanych za welonem pogodnie uśmiechniętych buziach.

Tych, którzy już rzucają się do obrony „pięknych patriotek”, pragnę od razu uspokoić! Ja nie piszę, że nie było na marszu żadnych pięknych, zadbanych, uroczych Polek…

Spokojnie!

Pragnę tylko podkreślić, że piękno Polek to nie jakieś pseudo piękno rodem z „Photoshopa”, którego kult nakręcają także niestety setki tysięcy jak nie miliony „patriotów”, nieświadomych tego, że niszczą w ten sposób to, co… najpiękniejsze w polskości!

Prawdziwe piękno będzie tematem niejednego jeszcze tekstu i mema. Niestety zbyt rzadko można je już doświadczyć na ulicach naszych miast… Coraz częściej pozostaje nam doświadczyć go w jakimś obrazie, na którym cierpliwy malarz uwiecznił piękno jakiejś wieśniaczki czy w wierszach mistrzów przeszłości, którzy starali się nazwać to, czego nie da się często nazwać…

Przywracajmy prawdziwe kanony polskiego piękna, a nie powielajmy „standardów” zza granicy! To także jest praca patriotyczna!

Od czasu do czasu, przez obrotowe drzwi hotelu, z pewnym trudem, wjeżdżały wózeczki z naprawdę małymi dziećmi. Przeurocze, prowadzone przez dumnych ojców i wspaniałe matki, istne aniołki z przypiętymi do wózeczków polskimi flagami — tak, te „zwykłe” polskie rodziny napawały optymizmem…

Tu i ówdzie przechodził jakiś dostojny starszy Pan w kapeluszu (przywróćmy polskiej modzie męskiej w końcu kapelusze!), z pięknie wpiętą w klapę małą flagą czy jakąś autentyczną patriotyczną oznaką.

Widziałem też bardzo eleganckie starsze panie, które swoim poczuciem smaku w doborze ubrania czy też choćby swą dystynkcją, pomimo wielu jesieni, ciągle z iście wiosennym wdziękiem, biły na łeb i szyje wszystkie te młodsze o pół wieku „celebrytki“.

Tu muszę niestety przyznać, co także będzie tematem wielu tekstów i „memów”, „druga strona”, zgodnie zresztą z taktyką przejmowania kultury, całkowicie przejęła modę, i trzyma w swych szponach takżę resztki… dobrej i eleganckiej mody.

Tak to wiele „neutralnie nastawionych” kobiet, które chętnie i poszłyby na marsz, przeciągane są sprytnie na drugą stronę argumentami po prostu lepszego… stylu. Jestem przekonany, że wiele normalnych kobiet na widok ubranej w moro patriotki po prostu odechciewa się utożsamiać z jakąkolwiek prawą stroną”. Patriotka nie może na Miłość Boską w taki dzień wyglądać jak jakiś „dresiarz”, pseudo żołnierz, czy „fajny kumpel”!

I proszę mi tu nie marudzić, że znowu narzekam i przesadzam, bo fakt jest fakt, jak to mówił jeden z bohaterów pewnego filmu… Oczywiście, że nie szata zdobi człowieka, ale argument, że społeczeństwa wciąż nie stać na dobre ciuchy tu nie pomoże, bo w dzisiejszych czasach nawet menele chodzą w adidasach a wiele pięknie ubranych kobiet, które znam, wynajduje istne perełki w… ciucholandach!

To samo oczywiście tyczy się nas mężczyzn.

Sztuka to nie kwestia „gustu”. Na szczęście w ogromnym procencie „wynalazki” współczesnych „projektantów mody” są tak (świadomie) a-kobiece i a-piękne, że wystarczy przejąc rynek porządnymi, normalnymi i pięknymi, prawdziwie kobiecymi i prawdziwie męskimi, ubraniami, a „prawa strona” pozyska dużo nowego elektoratu!

Tak apropo, to sam chętnie bym się i jeszcze projektowaniem ubrań zajął, ale niestety już się nie rozdwoję, co najwyżej mogę się na razie roztroić… gadając z jakimś ignorantem, który powie, że przesadzam. Tak więc jakby jakieś konkretne osoby zgłosiły się do takiego projektu, to chętnie dołączę.

Gdy stałem tak przy drzwiach, przed mymi oczyma przemknęło też kilku prawdziwych rycerzy. Ich znakiem rozpoznawczym był… habit i… różaniec. Sam stałem, cały czas trzymając różaniec, próbując się jakoś skupić w modlitwie. Muszę się wam przyznać, że zawsze zazdrościłem księżom tego, że mogą nosić sutannę czy habit. Dla mnie to nic innego jak noszenie zbroi. Choć może, kiedyś, przywrócimy czasy noszenia na co dzień na przykład kontuszy (proszę się nie śmiać! Hindusi i Arabowie jakoś umieli obronić swe tradycyjne stroje!) a na uroczystościach może i nawet jakichś półzbroi, to jednak jak na razie tylko duchowni mają tę wspaniałą okazję i przywilej nosić prawdziwie znaczące „coś” szaty…

Tu od razu podzielę się z wami, że nie mam jakoś zaufania do księży, którzy nie noszą sutann. Oczywiście nie znaczy to, że ksiądz który nosi sutannę jest od razu bez zarzutu. Swego zdania jednak nie zmienię i już. Tym bardziej, że mam to sprawdzone empirycznie. Symbol znaczy i tyle. Nie po to w tych sutannach ginęli za ojczyznę znakomici synowie Rzeczypospolitej, aby teraz byle postępowy “ksiądz” tę sprawę bagatelizował. Bez wdawania się teraz w dyskusje czy ksiądz który nie nosi sutanny jest „lewakiem”, „zdrajcą” czy „modernistą” po prostu zauważyłem, że za wszelkiego rodzaju księżmi “pacyfistami” najczęściej kryje się niestety zwykłe tchórzostwo czy nawet “mamisynkowość” , z “tolerancyjnych” wychodzą ukryci, świadomi czy nieświadomi, zwykli „globaliści”, którzy po prostu przyczyniają się do sprowadzenia narodów do poziomu globalnej plemienności, a gdy znajdzie się jakiś „hiper miłosierny” ksiądz, który jest przekonany, że sam diabeł pójdzie do Nieba, to koniec końców szerzy herezję zaprzeczającą istnieniu zła, co w konsekwencji rozmontowuje cały sens chrześcijaństwa.

Nie zawiodła Polonia. Przed wejściem jeszcze poznałem przemiłych rodaków, którzy przylecieli ze Stanów Zjednoczonych i bodajże z Kanady. Ciekawe czy my, tak kochający nasz kraj, bylibyśmy w stanie wydać miesięczną wypłatę i polecieć na drugi koniec globu, aby wziąć udział w jakimś ważnym marszu…?

Wiem, że jesteśmy na dorobku. Wiem, że każdy z nas próbuje jakoś odbudowywać własność zabraną lub zniszczoną przez wrogów. Wiem to wszystko, rozumiem i szanuję… ale ilu jest takich, którzy zamiast wydać choćby sto złotych na dobrą książkę na temat własnej historii lub wesprzeć kogoś, kto na przykład walczy z aborcją, narażając się na utratę pracy, to wolą wydać miesięcznie i z tysiąc złotych na jakieś żałosną pseudo rozrywkę, kolejne już zagraniczne wakacje lub dziesiątki zupełnie niepotrzebnych pierdół wspierając w tym wszystkim oczywiście nie polski a zagraniczny kapitał…

Byli oczywiście też obcokrajowcy, przeróżnych ras i kultur. Pięknie było widzieć skośnookie siostry (nie, nie tylko zakonnice) i czarnoskórych braci, którzy ukochali Polskę często prawdziwiej niźli niektórzy „rodowi tubylcy”…

Ku zaskoczeniu podobnych tubylców dodam także, że sam mam przyjaciół z… Sudanu, którzy także szczerze kochają Polskę.

Jestem przekonany, że dobry Pan Bóg również w ten sposób, przez tych wspaniałych ludzi, pomaga Polsce i przypomina nam, że Polska to nie tylko dar dla nas samych, ale także dla całego świata. Pamiętajmy o tym, w szczególności, gdy reprezentujemy naszą Ojczyznę poza granicami.

No!

To po tej pół godzinie czekania, jak wy teraz po półgodzinie rozczytywania się w moich nieskończenie złożonych zdaniach , w końcu ujrzałem moją ukochaną żonę, która to tego dnia była najpiękniejszą kobietą na tym marszu… no może na równi z osiemdziesięciodziewięcioletnią Panią Marianną, o której, między innymi, będzie w części trzeciej…

PS:

Wszystkie Panie, które tego dnia dołożyły wszelkich starań, aby pięknie wyglądać, oczywiście z góry przepraszam za pewną uszczypliwość wobec płci pięknej w tym tekście.

Jestem pewien jednak, że doskonale mnie rozumiecie i w wielu kwestiach się ze mną zgadzacie.

Strasznie tym razem było dużo o… modzie. A miało być o marszu! Dlaczego o modzie? Pewnie dlatego, że moda jest częścią kultury. A główna walka, jaka dzisiaj się toczy, jest właśnie walką na płaszczyźnie kultury! Dlatego, pomimo że pewnie by mi na to nie pozwolił, to z tej okazji pragnę także polecić Wam kochani książkę Pana Krzysztofa Karonia pt. „Historia Antykultury”!

Kochani, ponieważ pojawiły się, chyba słuszne, zażalenia, że teksty są za długie, dlatego tym razem było krócej. Mam nadzieję, że się cieszycie!

Jeszcze raz dziękuję wszystkim tym, którzy mnie wspierają.

Zachęcam do komentowania, „lajkowania”, i zapraszania innych do polubienia mej strony czy to na facebooku, na instagramie czy twitterze!

Z Panem Bogiem!

3-9.12.2018, Tomasz Stachura

OBRAZEK WYRÓŻNIONY: Kolekcja prywatna.

Dodaj komentarz