Matnia czarnego humoru

Nie znajdę już chyba w dzisiejszych czasach nikogo wśród swoich znajomych, przynajmniej tych z mojego pokolenia, kto nie zetknąłby się w swoim życiu z Latającym Cyrkiem Monty Pythona.

Ten składający się z pięciu Anglików i jednego Amerykanina zespół komików przez całe lata swego istnienia zachwycał na całym świecie swym pełnym absurdu, nonsensu i kpiny czarnym humorem miliony młodych ludzi.

Nie inaczej było oczywiście ze mną.

Latający Cyrk Monty Pythona po raz pierwszy oglądałem chyba jeszcze w szkole podstawowej. Pamiętam jak dziś, jak bodajże w poniedziałki o godzinie osiemnastej, czekając aż rodzice wrócą z pracy, oglądałem często ów serial, leżąc w dużym pokoju na kanapie i śmiejąc się ze skeczy o choćby najzabawniejszym kawale świata czy „mysim problemie”.

Pamiętam jak potem w liceum praktycznie codziennie potrafiliśmy z kolegami odgrywać całe wręcz sceny ze „Świętego Graala” czy z „Żywotu Briana”. Często te z nas, który pamiętał najwięcej skeczów i najlepiej potrafił je odegrać, miał najlepsze powodzenie u dziewczyn. Umiejętność rozumienia owego czarnego humoru decydowała o tym, czy jesteś w grupie tych „fajnych i lepszych”.

Od młodych lat lubiłem muzykę, malarstwo, literaturę i film. To między innymi dzięki tym sztukom przez całe lata poszerzałem swą wyobraźnię. Nie inaczej było z Latającym Cyrkiem Monty Pythona, w którym, poza oczywiście aspektem humorystycznym, fascynowała mnie chyba bardziej pewna możliwość „zabawy” logiką i słowem, możliwość tworzenia pewnych przewrotnych konstrukcji, i w końcu jakiegoś takiego wręcz „tajnego”, rozumianego przez niewielu, języka… w którym tak naprawdę w pewnym momencie mogłem porozumieć się w końcu już tylko z nielicznymi…

Bardzo szybko zauważyłem, że większość ludzi, którzy mówili, że lubią Monty Pythona, śmieje się tak naprawdę głównie tylko z tych skeczy, które są najbardziej popularne. Nie śmieszyły ich te najbardziej, nazwijmy to, „wysublimowane”, ale te prostackie i w szczególności te, które wyśmiewały wartości i kwestie religijne. Doskonałym przykładem jest tu skecz o hiszpańskiej inkwizycji czy wspomniany wcześniej „Żywot Briana”.

Nie mówię, że sam nie lubiłem tych skeczy, wręcz przeciwnie do dziś nawet mnie śmieszą, ale gdy coraz bardziej dorastając, przechodziliśmy na coraz to poważniejsze tematy, a ja zacząłem mówić, że takie ciągłe wyśmiewanie spraw ważnych nie do końca jest w porządku, to tym razem ze mnie najpierw zaczęto się nabijać, a w konsekwencji zostałem wykluczony z grona tych „fajnych i lepszych”. Nie było nawet jakiejś argumentacji czy oficjalnych oznajmień, wszystko odbywało się beze mnie i przy cichej aprobacie większości, która w najlepszym wypadku, uciekała potem od rozmowy, mówiąc, żebym nie przesadzał i, że… mają te tematy gdzieś…

Tak jest do… dziś.

Jeśli codziennie nie powtarzasz, że nic ci się dziś nie chce, nie śmiejesz się z często żenujących żartów, najlepiej z Jarosława Kaczyńskiego, nie rzucasz popularnymi hasełkami, nie czekasz na „piąteczek”, a przede wszystkim nie pokazujesz wszystkim dookoła, że masz na wszystko… „wyrąbane”, to nie należysz do… „fajnych i lepszych”.

Możesz się ze mną zgodzić lub nie, ale ja uważam, że ci „fajni i lepsi”, za tymi wszystkimi prześmiewczymi żarcikami, ciągłym cynizmem i sarkazmem, za czekaniem tylko na „piątek”, „piąteczek”, „piątunio”, i w końcu za legendarnym już „miej wy-bane a będzie ci dane”, tak naprawdę kryją swoją zgorzkniałość, nieumiejętność przyznania się do słabości, smutku czy strachu, swą ciągłą ucieczkę w materializm i hedonizm, i przede wszystkim, kryją swój brak nadziei i bezsens swego życia.

Nie potrafią już prawdziwie i naturalnie radować się lub śmiać, nie potrafią zwyczajnie zasmucić się, o rozpłakaniu już nawet nie wspominając, nie umieją cieszyć się małymi rzeczami, dziękować za każdy dzień Panu Bogu, i w końcu nie potrafią patrzeć z nadzieją, spokojem i pełną ufnością w przyszłość, w oczy swego Ojca tak jak potrafią to robić… małe dzieci…

…a to do takich, którzy staną się właśnie jak one, jak mówił nasz Pan, Jezus Chrystus, należy… Królestwo Boże…

Człowiekowi umiejącemu cieszyć się małymi rzeczami… niewiele potrzeba…

Dlatego „system”, a tak naprawdę diabeł, chce, abyś ciągle był smutny, abyś z tego powodu ciągle coś kupował, wydawał ciężko często zarobione pieniądze na kolejne zachcianki, z których praktycznie żadna nie jest w ogóle Ci potrzebna. Chce także, abyś wykorzystywał innych, bo przecież nie nazwiesz chyba tych weekendowych „przygód” miłością… W końcu chce, abyś zanurzony w beznadziei marnował ciągle podarowane ci przez Pana Boga talenty, abyś, zamiast podejmować jakiś prawdziwy wysiłek, nie, nie mówię tu o bieganiu, szedł ciągle na łatwiznę, sięgając po rzeczy, które dają się tylko chwilowe poczucie „szczęścia”, a które tak naprawdę, tylko coraz bardziej pogłębiają twe zniewolenie, uzależnienie od… grzechu.

Gdy widzę ponad trzydziestoletnich mężczyzn, którzy zachowują się jak nastolatkowie, którzy nie mają nic do powiedzenia, którym na niczym nie zależy, którzy kolekcjonują tylko kolejne gadżety i których jedynymi marzeniami są samochody, których nigdy nie będą mieli, to nie dziwię się, że świat wygląda tak, jak wygląda.

Może to zły przykład, ale gdy oni za swój największy sukces uznają przejście jakiejś durnej gierki, to dla przykładu taki Aleksander Wielki w ich wieku podbił już cały ówczesny świat, zanosząc grecką cywilizację aż do Indii…

Nie mówię, że każdy ma być Aleksandrem Wielkim, ale chyba każdy wie, o co mi chodzi.

Kiedyś był Monty Python, dziś są dziesiątki głupich filmików, setki memów o tym samym, te same żarciki, te same powtarzające się durne hasełka, to samo czekanie na weekend, wszystko tylko po to, aby… zapomnieć.

Co tydzień to samo… co roku czekasz tylko na wakacje i tak mijają lata… mija życie…

Kiedy ostatnio rozbawiła cię jakaś niewinnie śmieszna sytuacja?

Kiedy opowiedziałeś jakiś nieprzesiąknięty jak zwykle sarkazmem, ironią czy wulgarnością dowcip?

Kiedy odpowiedziałaś coś innego niż zwykle, gdy jechałaś z koleżankami z pracy w windzie?

Kiedy odważyłeś się zabrać głos w ważnej sprawie, gdy wszyscy inni milczeli?

Kiedy cieszyłaś się, że jest na przykład… wtorek? Przecież to taki sam dzień jak każdy inny. Nie tylko w weekend możesz zrobić coś „szalonego”…

Kiedy ostatnio na czymś naprawdę ci… zależało? Kiedy ostatnio walczyłeś o coś ważnego? Co udało Ci się choćby najmniejszego w świecie zmienić, naprawić…?

Kiedy ostatnio prawdziwie i szczerze uśmiechnęłaś się do kogoś?

Czy naprawdę chcesz do końca życia być niewolnikiem… absurdu, bezsensu i kpiny?

Kiedyś też byłem niewolnikiem tego wszystkiego, ale z Bożą pomocą, udało mi się z tej pułapki bezsensowności w końcu wydostać. Nikt tego jednak za ciebie nie zrobi. To tobie musi się… chcieć. Masz wolną wolę i to ty musisz się wysilić, poprosić Pana Boga, aby ci pomógł…

Dziś, gdy mam dzieci, tym bardziej dziękuję Mu za to.

Jaką radość wyniesie z domu córeczka, której ojciec jest zgorzkniałym, chowającym się ciągle za cynizmem i sarkazmem tchórzem?

Jakie cele w życiu będzie miał syn, którego ojciec nie ma żadnego zdania lub wszystko ciągle wyśmiewa?

Jakie ciepło swym dzieciom będzie mogła dać kobieta, której mama nie promieniowała radością?

Jakie będzie małżeństwo z mężczyzną, któremu na niczym nie zależy, który nie chce naprawiać świata?

Jaki porządny mężczyzna spojrzy na kobietę, która nie potrafi się nawet najzwyczajniej w świecie naturalnie i szczerze uśmiechnąć?

Dużo potrzeba było sił, zaparcia i odwagi, aby wydostać się z tego sidła wiecznego wyśmiewania, sprowadzania wszystkiego do absurdu, ciągłego relatywizowania tak naprawdę wszystkiego. Moja dusza, serce i rozum, były do tego stopnia zatrute, że przez całe lata nie potrafiłem pomyśleć o niczym naprawdę dobrym, nie potrafiłem niczego dobrego i prawdziwie pięknego stworzyć, spojrzeć na coś najzwyklejszego, na coś, co jest dobre, i po prostu cieszyć się tym… nie uciekać ciągle w kolejne fantasmagorie, a cieszyć się rzeczywistością, normalnością…

Czarny humor najczęściej kojarzony jest z Anglią. Powstał niby przez wstrętną „angielską” pogodę. Ja jednak myślę, że to nie przez pogodę…

Prawie pięć wieków temu Henryk VIII doprowadził do rozłamu z Kościołem Katolickim, przez co pozbawił swych poddanych dostępu do sakramentów… Konsekwencje tego aktu ciągną się do dnia dzisiejszego…

Wiem co mówię, bo żyłem parę lat w Anglii i widziałem, jak żyją Anglicy. Często nawet pragnąc szczęścia i dobra sięgają z pokolenia na pokolenie po fałszywe „lekarstwa” nieświadomi tego, że uwięzieni są w pułapce bez wyjścia, jaką w swej pysze zgotował im wieki temu ich król…

Nie musi to być tylko Anglia. Wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się we wszystkich krajach Europy, które odeszły od wiary katolickiej. Skutki protestantyzacji są przerażające. Miejmy to cały czas na uwadze, bo dziś próbuje się sprotestantyzować też Polskę.

Latający Cyrk Monty Pythona w tym roku obchodzi 50-lecie swego istnienia. 50 lat karmienia setek milionów ludzi absurdem, sarkazmem, kpiną i co najgorsze, relatywizmem i bezsensem…

Nie mówię, że humory jest zły. Wręcz przeciwnie bardzo lubię dobry humor. Niestety dobrego humoru dziś praktycznie już nie ma. Są za to setki milionów ludzi, którzy żyjąc bez Boga, nie tylko sami tkwią, ale i wpędzają w absurd, sarkazm i kpinę swoje niczego nieświadome… dzieci.

Jeśli chcesz to zmienić, to nie ma innej drogi, jak przez powrót do Kościoła Katolickiego i rozpoczęcie prawdziwie szczęśliwego życia przystępując regularnie do spowiedzi i przyjmując Komunię Świętą.

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, nasz jedyny Zbawiciel!

21-27.01.2019, Tomasz Stachura

OBRAZEK WYRÓŻNIONY: Cornelis Massys – Portrait of Henry VIII, Metropolitan Museum of Art

Dodaj komentarz