Tchórzostwo dzisiejszych mężczyzn

Jednym z największych problemów dzisiejszego świata jest brak męstwa.

Męstwo nie dotyczy oczywiście tylko mężczyzn, ale również i kobiet.

Na przestrzeni wieków niezliczone ilości przedstawicielek płci pięknej dawało wspaniałe dowody często niespotykanego wręcz męstwa.

Co więcej, wiele kobiet dziś, najczęściej w „zwykłej codzienności”, jest o wiele bardziej (w dobrym tego słowa znaczeniu) męskimi, aniżeli właśnie ich mężowie, ojcowie czy choćby koledzy z pracy.

Współcześni mężczyźni nie tylko w przeważającej większości męscy nie są, ale nawet nie rozumieją, na czym owa cnota polega.

Najlepszym dowodem na to jest fakt, że samo słowo „cnota”, wzbudza w nich przeważnie tylko głupkowaty śmiech lub żenujące żarty.

Nierozumienie cnót i cnotliwości w społeczeństwie to temat na zupełnie odrębny tekst więc dziś go tu nie poruszę.

No dobra, ale jak to?

Przecież jest dziś tylu wysportowanych mężczyzn, tylu adeptów przeróżnych sztuk walki, tylu wręcz współczesnych „gladiatorów”, którzy walczą „do ostatniej krwi” na arenach dzisiejszych Koloseów?!

I co z tego…

Zadajmy sobie dwa proste pytania: po co trenują i o co tak naprawdę w ogóle walczą?

Możecie się ze mną zgodzić lub nie, ale ja widzę w tym na przykład narcyzm.

Owa tężyzna fizyczna, siła i tak dalej, cała ta chęć samo „doskonalenia” się fi-zy-czne-go, nie jest niczym innym jak tylko… skupianiem się wyłącznie na sobie.

Jaki z tego pożytek dla innych?

Czy możemy w ogóle mówić o męstwie, gdy celem jest tylko „ja”?

Kiedyś, gdy występ na olimpiadzie był jednocześnie symbolicznym starciem z wrogami Ojczyzny, wielu dzielnych bokserów rzeczywiście walczyło o coś więcej.

Dziś, nie oszukujmy się, większość o żadne wyższe wartości nie walczy.

Weźmy inny przykład.

Weźmy na przykład popularnych himalaistów czy choćby ludzi, którzy skaczą na bungee.

Czym tak naprawdę jest ta ich „wielka odwaga”, którą tak hucznie głoszą media?

Ja widzę tu tylko i wyłącznie bezsensowne narażanie życia, brak odpowiedzialności oraz wielką… pychę.

„Nie będziesz wystawiał na próbę Pana Boga swego” – nawet Pan Jezus, choć mógłby skoczyć na bungee i bez liny „ot, tak”, to… nie skoczył.

Ilu ogłupionych dzieciaków, o „dorosłych” ludziach nie wspomnę, naraża rok w rok, bezsensownie swe życia, uprawiając owe sporty ekstremalne?

A diabeł tylko się śmieje i zaciera ręce, widząc jak miliony głupców daje się ponieść tej fali ostatecznego skretynienia, która oczywiście non stop promowana jest w… mediach.

Toprowiec, który ryzykuje swe życie, ale ratując życie komuś – tak, to jest męstwo.

Wierzący Polski bokser, który staje na ringu przeciwko jakiemuś współczesnemu barbarzyńcy, który jest od niego młodszy i cięższy – tak, to także jest męstwo.

Jest właśnie taki jeden bokser, którego bardzo lubię i cenię…

Idiota, który cwaniakuje jak klaun, stając na krawędzi wieżowca, aby zdobyć więcej polubień w mediach społecznościowych, jest… no właśnie.

Cieszę się, że się rozumiemy.

Taki jeden czy drugi gówniarz przynajmniej ryzykuje „tylko” własne życie… oczywiście każdego życia żal, ale ilu już „odważnych bohaterów” wyniosły na piedestały media, którzy w pogoni za wyłącznie własną chwałą i problemami, pozostawili po sobie zrozpaczone wdowy i osierocone dzieci…

Co gorsza, pozostawili także tysiące jak nie miliony naśladowców, którzy pójdą w ich ślady?

Każdy z tych „bohaterów” wielokrotnie dostawało znaki, a tak naprawdę szanse, od Pana Boga, a i tak nie słuchali, odrzucając je często ze śmiechem…

Wybaczcie, ale nie widzę tu żadnego wyzwania, żadnej już nawet chęci tylko sprawdzenia się, ale jakąś szatańską wręcz, chęć do popełnienia spektakularnego samobójstwa, tak, aby „wszyscy w końcu zobaczyli”?

Spłonąć jak Ikar… nihil novi sub sole.

Znakomita większość z tych ludzi tak naprawdę była po prostu bezkreśnie nieszczęśliwa…

Oczywiście, żaden z nich nie był świadomym katolikiem.

Nie zrozumcie mnie źle.

Nie jestem piewcą jakiejś przesadnej ostrożności czy pacyfizmu.

Życie jest bardzo ważne, ale nie jest najwyższą wartością.

No właśnie… wartością…

Każdy już z was mam nadzieję rozumie, że jest różnica, gdy ktoś ginie w obronie życia swojej rodziny, a gdy jak pyszałek czy zwykły barbarzyńca traci swe życie w obronie… no właśnie, obronie czego?

Większość z nas żyje w tych częściach świata, w których jak na razie nie musimy (jeszcze) oddawać za nic życia.

Nie zapominajmy, że co roku za wiarę na świecie ginie tysiące chrześcijan, o dziesiątkach milionów zabitych dzieci nie wspomnę…

Powtórzę to jeszcze raz: co roku w Korei, Somalii, Iraku, Syrii, Afganistanie, Pakistanie itd. za wiarę giną chrześcijanie.

Co roku… za co? Za nasze tchórzostwo, egocentryzm czy wręcz opętanie, gdyby popatrzeć na uczestniczki czarnych marszów, giną dziesiątki milionów niewinnych dzieci…

Nie mówię, bo na pewno jakiś procent tych, którzy rozważają aborcję, jest po prostu przerażonymi nastolatkami, którym wmówiono, że dzieci to „koniec świata”. Sam kiedyś nawet jak byłem młody i głupi tak myślałem. Jednak przez te kilkanaście lat widać już doskonale, że znakomita większość orędowniczek i orędowników aborcji jest za nią tylko i wyłącznie z pobudek ideologicznych…

To, że są przez nią ogłupiani, nie zmienia faktu, że tak nie jest.

Wracając do tematu.

Tak naprawdę więc nikt z nas tu obecnych nie musi ryzykować jeszcze życiem, aby przeżyć…

W najwyższym wypadku możemy dziś utracić pracę…

Pozwólcie, że zadam wam jedno pytanie.

Czy Pan Bóg kiedykolwiek Ci nie pomógł?

Czy kiedykolwiek nie znalazł ci pracy, jeśli jej naprawdę szukałeś?

No właśnie.

Pan Bóg zawsze ci ją znajdzie.

Święty Paweł był rzemieślnikiem, robił namioty.

To ty nie musisz od razu być „gwiazdą”, co nie?

„Czyż nie sprzedają pięciu wróbli za dwa asy? A przecież żaden z nich nie jest zapomniany w oczach Bożych. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone. Nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli”.

(Łk 12, 6-7)

À propos „gwiazd”?

„Wielcy” piłkarze, koszykarze, bokserzy, piosenkarze, aktorzy itd. Niby tacy „wielcy”, a 99% z nich, nie stanie w obronie choćby rodziny czy wspomnianych wcześniej nienarodzonych dzieci…

Nie staną, bo?

Bo stracą… popularność.

Popularność, która jest nie tylko ślepa, ale bardzo często wielce niezasłużona, a przede wszystkim, sztucznie pompowana przez tych, którzy owe „wielkie gwiazdy” trzymają na smyczy.

Owi ogromnie bogaci ludzie, którym miliony jak nie miliardy ludzi dziś zazdroszczą, są tak naprawdę jeszcze większymi niewolnikami.

Ty przynajmniej możesz jeszcze, jeśli oczywiście masz odwagę, napisać na swoim profilu w mediach społecznościowych to, co tak naprawdę uważasz…

Współcześni gladiatorzy nie stają jak Ursus w obronie wiary, Ligii czy choćby własnej wolności, ale biją się o kasę, przepraszam, dupeczki i próżną „sławę”, walcząc nawet nie z przeciwnikiem, ale z własnymi problemami…

Nie zrozumcie mnie źle.

Nie jestem przeciwnikiem sportu. Sam przez całe życie go uprawiam i kiedyś nawet rozważałem karierę sportową. Jest jednak różnica między pouprawianiem sobie najnormalniej w świecie sportu, oglądnięciem raz na jakiś czas jakiegoś meczyku, a uzależnieniem się od niego, graniem w piłę „na konsoli” czy czekaniem tylko na środę, czy weekend, aby oglądnąć milionowy już mecz, bo to jedyna rzecz, która jeszcze daje mi „sens” w życiu…

Dobra, zostawmy już tych wszystkich współczesnych „bohaterów” i spójrzmy w końcu na zwykłych mężczyzn…

Podczas gdy sportowcy jeszcze coś tam wygrywają lub przynajmniej ustanawiają nowe rekordy, zwykli mężczyźni „męsko” wyobrażają sobie, że są swoimi „bohaterami” i odważnie i dumnie siedząc na kanapach, drą mordy popijając z kolegami piwo…

…w tym samym czasie pozostawione przez wielu z nich żony, które oczywiście są wszystkiemu winne, starają się często jakoś wiązać koniec z końcem, próbując jakoś jeszcze wychować ich dzieci…

Nasi „dzielni” chłopcy „walczą” o swój kraj kibicując reprezentacji, chwaląc się, że od razu jakby trzeba było, to oddaliby życie, ale żaden z nich nie kiwnie nawet palcem, aby uchronić swą Ojczyznę przed… rozkradaniem, korupcją, demoralizacją, laicyzacją itd.

Przeciwnie, „chlubnie” odznaczają się narzekaniem na wszystko dookoła oraz „odważnie” naśmiewają się z „kaczora” i „moherowych beretów”…

To dopiero „odwaga”!

Podczas gdy te wyśmiewane babcie pokornie modlą się za nich i kraj, poświęcając często codziennie parę godzin na modlitwach, ale i nie tylko, bo również na przykład organizując lub uczęszczając w wykładach o prawdziwej historii Polski, naszym niezwykle „mężnym” i „światłym” trzydziestoparolatkom nie chce się wysłuchać kilkunastominutowego wykładu, bo wolą oglądnąć kolejny głupi filmik.

A gdy ktoś poruszy na przykład temat szerzącej się sodomy i gomory, która pustoszy serca, rozumy i dusze kolejnych pokoleń, to siedzą cichutko jak myszki lub co najwyżej rzucą durny żart.

Gdy ów mały „śmieszny” polityk poświęca całe swoje życie na to, aby ci mogli żyć w miarę jeszcze własnym kraju, żaden z nich nie stanie w jego obronie choćby z szacunku dla jego wysiłku, oddania sprawie czy poświęcenia.

Gdy księża w znakomitej swej większości robią wszystko, co mogą, aby obronić wiarę naszych przodków, stając jako jedyni na straży normalności w naszej Ojczyźnie, która jest niszczona przez na przykład nową odmianę marksizmu, nasi „nowocześni i postępowi mężczyźni” chętnie wtórują atakom na Kościół, aby tylko przypodobać się w gronie znajomych, zrzucając na ten „parszywy kler” wszelką winę za tak naprawdę swoje grzechy, do których nie mają odwagi nawet się przyznać.

Gdy pewien duchowny, przepraszam „ojciec dyrektor”, niczym Święty Maksymilian Kolbe, tworzy najpierw radio, potem telewizję i wreszcie nawet szkołę wyższą, Ci powtarzają drwiny z niego, a nigdy w życiu niczego nie zorganizowali, nawet warsztatów dla dzieci choćby z ciesielki…

Uważają, że są „fajni”, „spoko” no i oczywiście „wolni”.

Ja uważam, że są po prostu zwykłymi… tchórzami.

Tymczasem gdy nasi „bohaterowie” przeglądają kolejną już godzinę internet, gdzieś w małych miasteczkach czy na wsi, codziennie wiele kobiet wstaje bardzo wcześnie rano, robi obiad na potem, potem śniadanie dzieciom, ubiera, zaprowadza do szkoły. Kobiety te idą potem często jeszcze do pracy do fabryk i po dwunastce wracają do domów, aby posprzątać, wyprać, wyprasować, zrobić kolację, poczytać swym pociechom i położyć je do łóżek…a w niedziele mają jeszcze siły pójść z nimi do kościoła, schludnie je ówcześnie ubrawszy, zapominając zupełnie o sobie…

Nie chcę zabrzmieć tu jak jakiś rewolucjonista, obrońca kobiecego proletariatu.

Czy tak nie jest?

A co w tym samym czasie imponuje naszym „bohaterom”?

Sztuczne cycki jawnych już, bo nawet niekryjących się z tym, zwykłych dziwek, które w życiu nie umyły choćby garnków, bo zniszczyłyby sobie przecież… tipsy…

Znam taką jedną dziewczynę i chłopaka, chłopak nie jest nawet osobą wierzącą, którzy w swoich miejscach pracy, podczas gdy nasi „dzielni” i „fajni” współcześni „mężczyźni” siedzą cicho lub co najwyżej wyśmieją, jak już wspominałem całą sprawę, ci dzielnie dają opór programowej propagandzie ideologii zła, które pod przykrywką „tolerancji” i „równości” niszczą rodzinę i demoralizują społeczeństwo. Oboje ryzykują utratę pracy, bo przecież nasi „dzielni” mężczyźni nie staną w ich obronie, a zawsze można będzie na nich coś znaleźć… dobrze o tym wiedzą, wybierają jednak obronę Prawdy i przyszłości nie tylko swoich, ale i ich właśnie dzieci. Dziewczyna jako jedna z niewielu została w pracy, gdy dawano wszystkim kobietom wolne, aby pójść na czarny marsz… Chłopak chyba jako jedyny wysłał list sprzeciwu do kierownictwa, gdy promowano ideologię gender…

Czasem podczas mszy w niedziele w jednym z miast, w którym mieszkałem, widywałem pewną biedną panią, która chyba miała kiedyś wypadek i przez to bardzo zdeformowaną i oszpeconą buzię. Zawsze była dość skromnie, ale pięknie i schludnie ubrana. Zawsze przystępowała do Komunii idąc naturalnie i spuszczając lekko wzrok, nie z powodu jednak wstydu, lecz swej skromności. Pomimo że trudno było na jej zdeformowanej twarzy dostrzec w ogóle usta, w głębi serca była na pewno radosna, bo ta, można było wyczuć, aż biła od niej. Nie wstydziła się swojej brzydoty i „ułomności” próbując rekompensować te sobie jakimś chojrakowaniem, cwaniakowaniem czy kontrowersją. Najzwyczajniej w świecie, w którym my wstydzimy się przeżegnać przy innych, dumnie szła z krzyżykiem na piersi, nie wstydząc się swojej… wiary.

Dla mnie postawa tych matek, tej dziewczyny i chłopaka, tej biednej pani… to przykłady właśnie męstwa, choć pewnie dla nich… to nic wielkiego…

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, nasz jedyny Zbawiciel!

11-17.02.2019, Tomasz Stachura

OBRAZEK WYRÓŻNIONY: John William Waterhouse – Echo and Narcissus, Walker Art Gallery, Liverpool

Dodaj komentarz