Stan Rzeczypospolitej na 100-lecie odzyskania Niepodległości | Kultura | Język (cz.2)

Przypominam sobie słowa pewnego bezdomnego murzyna, który bardzo lubił…  Szekspira. Zapytany przez jednego z bardzo znanych aktorów, dlaczego tak ceni angielskiego poetę odpowiedział, że dlatego, że uczy nas jak… czuć. Nikt już nie czyta starej, dobrej poezji, dlatego, dodał, tak łatwo jest dziś jakiemuś gówniarzowi zastrzelić drugiego, bo…  nie umiemy nawet obdarzyć innych najprostszymi ludzkimi uczuciami…

Zastanówmy się na chwilę i odpowiedzmy sobie ilu z nas potrafi to robić? Nawet jeśli odejmiemy ludzi upośledzonych, którzy najczęściej potrafią wyrazić więcej emocji niż wszystkie te “nowoczesne” nastolatki, które noszą swą żuchwę wysoko, a oczy skrywają za czarnymi okularami, to ilu dziś tak naprawę ludzi potrafi nie tylko nawet nazwać swoje uczucia, ale w ogóle je przekazać?

Moja trzyletnia córeczka, która dopiero uczy się mówić, więcej już „nasłowotworzyła” niźli ja przez ostatnich 10 lat. Codziennie tworzy niesamowite wręcz słowa i zwroty. I nie są to jakieś tam przypadkowe nic nie znaczące zlepki liter a całkowicie logiczne nowosłowia jak na przykład… ptakowialnia,  czyli miejsce gdzie bawią się ptaki.

Dlaczego jest to możliwe? Bo jest ona zakochana i zafascynowana naszym językiem i robi wszystko, aby lepiej się wyrażać, nazywać swe uczucia, opisywać świat, który ją otacza.

Radość sprawia jej ułożenie rymu, a nieznane słowa sprawiają, że jej oczy otwierają się jakby dostała prezent.

3-letnie dziecko…

À propos naszego jeżyka pączkiego, przepraszam, języka polskiego…

Czy my Polacy w ogóle jeszcze mówimy we własnym języku?

Każdego dnia używamy setek już nawet nie zapożyczeń, ale słów z innych języków.

Ba! Do i tak już praktycznie do granic możliwości zubożonego wokabularza, przepraszam „bazy danych”, dodajemy coraz to nowe „polskie” słowa, „koniugując” i „deklinując” słowa… obce.

Nie tylko używamy słów z innych języków, ale pomału zaczynamy w nich… myśleć.

Wystarczy przyjżeć się bliżej „dorobkowi” „artystycznemu” „polskiej” sceny muzyki popularnej, a nawet średnio wykształcony człowiek zauważy “jakąś taką dziwną” różnicę między tekstami piosenek na przykład Śp. Czesia Niemena a wszystkimi tymi “hitami” dzisiejszych „gwiazdeczek”.

Nie wspominając nawet już o prostocie, a raczej prostactwu tych tekstów, łatwo wyczuć, że są to tak naprawdę teksty w języku angielskim tylko, że z polskimi słowami.

Oto jedna z konsekwencji oraz dowód na kolonizacyjne zaoranie, przepraszam, dowód raczejrna to, jak… daliśmy się zaorać naszym kolonialistom.

Miliony Polaków dzień w dzień są masakrowane tysiącem „hitów” puszczanych w „polskich” rozgłośniach radiowych.

Nasz ojczysty język, dziedzictwo setek lat, istny skarbiec gromadzony i wzbogacany przez pokolenia, przez często tych, którzy w trosce o weń nie tylko przymierali głodem ale i oddawali życie…  pozwalamy z uśmiechem ignorantów niszczyć bo… chcemy być “nowocześni” i “postępowi”…

Daliśmy sobie wcisnąć całą masę sloganów i związków frazeologicznych, które niszczą resztki naszej polskiej kultury, a co za tym idzie… polskiej duszy…

Tą trucizną skażeni są już nie tylko młodzi, ale dorośli i nawet dziadkowie, którzy często o zgrozo, nie widzą w tym nic złego!

Nawet dzisiejsi seniorzy miast najpierw opieprzyć swoje dzieci, zwracając jasno i ostro uwagę, gdy “ponglishują” i pokazać choćby już tylko wnukom bogactwo ojczystego języka, to w jakimś zupełnie niezrozumiałym otępieniu, sami powtarzają i to jeszcze z uśmiechem debilne zagraniczne hasełka pragnąc w ten sposób… „zaimponować”…

Dzisiejsi dziadkowie to ostatnie pokolenie, które nie zostało w swej młodości zaorane globalnym “nowym językiem”, który pustoszy kultury na świecie, kraj za krajem…

Ilu dziś dziadków czyta swym wnukom choćby Trylogię?

Ilu chłopców kojarzy dziś sławetne słowa: „Bodajeś konał w rozpaczy! Bodaj ród twój wygasł! Bodaj diabeł duszę z ciebie wywlókł… zdrajco! Zdrajco! Po trzykroć zdrajco!”?

Ile babć uczy dziś swe wnuczki piosenek Szopena, aby te kiedyś patrząc przez oko i marząc o wielkiej miłoci mogły przyśpiewać sobie: „gdybym ja była słoneczkiem na niebie…”?

Jeśli dziadkowie i rodzice nie umieją powiedzieć „Boże, jak pięknie!”, bo stać ich tylko na „wow”, to jak dzieci mają umieć cokolwiek więcej wyrazić?!

Na Miłość Boską czy nie widzimy, że pozbawiamy w ten sposób nasze dzieci piękna polskiej duszy, piękna polskiego życia!?

Jak potem te biedne dziewczęta mają znaleźć sobie męża, który będzie i do tańca i do różańca, i przy których rozkwitną w pełni, podczas gdy naturalne w nich, zasiane przez Pana Boga ziarna piękna i poezji są zasypywane co najwyżej tonami makijażu, o który już jedynie zdają się dbać “nowoczesne” matki, a który jest przez to chyba już jednym z ostatnich oznak, po których można dziś rozróżnić kobietę od mężczyzny… bo ani po języku, ani po chodzie, ani po gestach, ani po prezencji nie da się już dziś tego zrobić…

Jak mężczyźni mają znaleźć ukojenie w kobietach, które nie potrafią już mówić zwyczajnym tembrem swego prawdziwego głosu, powiedzieć „dziękuję”, „proszę”, „kocham”, bo w zamian modulują swoją barwę pod zidiociałe, tępe i puste głosiki bohaterekb… amerykańskich seriali…

O małpowaniu sztucznych gestów, reakcji itd. i o tym, że to samo robią dziś już młodzi mężczyźni nie wspomnę…

Nie jestem ślepym piewcą jakiegoś wyidealizowanego romantyzmu, który swoje złego, gdy tylko sam występuje, może sporo narobić i całym narodom, ale bez dobrego jego procentu w życiu, stajemy się tylko maszynami… perfekcyjnymi…

No właśnie… niebawem uzyskacie kochani bracia i siostry odpowiedź na postawione na początku pytanie!

Wróćmy jednak przed tym na chwilę do obcojęzycznych sloganów.

Nie muszą to być oczywiście obce hasełka.

Nosiciele i architekci ideologii zła doskonale posługują się językiem polskim i cały czas przemycają do społeczeństwa zwroty, które sieją takie zniszczenie jak rzadko która wojna…

Aby Was już nie dobić, bo tekst znów jest długi, podam jeden tylko przykład takiego hasełka:

„Róbta co chceta”

Tylko tym jednym „niewinnym” i „luzackim” hasełkiem, całe pokolenia, miliony Polaków, zostały „zaorane” libertarianizmem i hedonizmem, co pozbawiło ich kręgosłupa dekalogu i celu w życiu, o etosie pracy nie wspominając…

Na koniec odpowiedź na pytanie: gdzie i kiedy mówi się krótkimi zdaniami, zwięźle i raczej skrótowo, bez „zbędnych” słów, aby było… łatwiej i szybciej?

No gdzie?

…w kamieniołomie…
…w obozie pracy…
…gdzie nie poruszasz tematów, bo wisi nad tobą bat i trzeba zapierdzielać jak wół, aby paść potem na pysk w swojej małej celi…
Nie prawda?
Nie czujecie w znakomitej większości wiszącego cały czas nad Wami szantażu utraty pracy, przez co siedzicie cicho?
Nie harujecie jak woły?
Nie wracacie styrani do swoich mieszkań czy domków, które wyglądają często jak bezduszne cele?
Jesteśmy bandą niewolników materializmu i hedonizmu o ambicjach co najwyżej pomniejszych „kupców”, dla których słowo „Gold” pomyliło się ze słowem „God”.

Jedna literka „L” a taka różnica.

„L” jak…

No właśnie.

Jedno hasełko, jedna literka, a ilu ludzi zostało często bezpowrotnie pozbawionych jedynego tak naprawdę prawdziwego szczęścia i celu w życiu człowieka, jakim jest…

Na początku było słowo…

…a słowo ciałem się stało i zamieszkało między nami…

Niech to Słowo, a więc nasz Pan Jezus Chrystus, nasz jedyny Zbawiciel, będzie pochwalony!

Koniec części drugiej, ostatniej.

PS:

Oczywiście tekst nie wyczerpuje tematu.

Nie poruszyłem w nim, na przykład, tak ważnych aspektów, jak odwrócenie w dzisiejszym świecie znaczeń pojęć, cenzury a właściwie terroru polityczną poprawnością, który zabija w społeczeństwie nie tylko wolność słowa, ale rozmowę w ogóle, czy choćby aspektu absolutnego wykastrowania naszych wypowiedzi z nazwijmy to „teatralności”, która przez lata budowała charaktery ludzi i podtrzymywała zdrowy puls w krwiobiegu naszego społeczeństwa. Tematy te zostawiłem sobie na osobne teksty.

Dla fanatyków ekonomii oświadczam, że nie jestem oczywiście jej przeciwny bo uważam, że gospodarka, handel, przedsiębiorczości itd. są ważnymi aspektami naszego życia. Tekst między innymi ma przypomnieć o pamiętaniu o prawdziwym jednak celu życia, które nie polega tylko na żarciu, spaniu, kopulowaniu czy „robieniu biznesów”! W starożytnej Japonii, kupiec był na najniższym szczeblu społeczeństwa…

Ekstremistom akademickim pragnę przypomnieć, że tekst ten nie jest dysertacją a luźnym artykułem.

Nie zamierzam też ulegać wszechpanującej „modzie” upraszczania i skracania pod „czytelnika” tekstów, no bo przecież inaczej ludzie nie będą tak długich elaboratów czytali… e tam! Pragnę Państwa poinformować, że tych, którzy czytają moje teksty Was już całkiem spora liczba, za co bardzo dziękuję!

4-10.03.2019, Tomasz Stachura

OBRAZEK WYRÓŻNIONY: Księga henrykowska

Dodaj komentarz